Lato w Karakorum,podsumowanie
Gasherbrum II
Mając zespół młody i jeszcze "niedotarty" na ośmiu tys. zaproponowałem autorski pomysł na wyprawę (termin, logistyka, aklimatyzacja itp). Chłopcy podeszli do moich przemyśleń z sercem, efektem czego w 23-cim dniu od przybycia do bazy piątka z nas stanęła na szczycie. "Dogoniliśmy" Francuzów i "przegoniliśmy" utytuowanych Czechów, obie wyprawy przybyłe do bazy sporo przed nami. Satysfakcje większą od "szczytowania" sprawił mi powrót ze szczytu. Tuż poniżej wierzchołka jeden z nas zaliczył przeszło 200m upadek. Wygładało strasznie - zakończyło się ogólnym potłuczeniem i lekkim zwichnięciem stawu skokowego. Powodem mojej dumy jest sprawna, trwająca 3 doby, akcja sprowadzania kolegi. Pomimo parszywej pogody (wiatr, zachmurzenie, opad śniegu i zagrożenie lawinowe) zdołalismy sprowadzić poszkodowanego. Obyło sie bez śmigła i akcji kolegów z bazy. Gorąco dziękuję dwójce Baskow, którzy pomogli nam w drodze do obozu 3.
Gasherbrum I
W niespełna 3 dni po zejściu z G II, wobec korzystnej prognozy pogody ruszyliśmy do szybkiego ataku na G I. Niestety, pomimo dobrej pogody, sama góra pokrzyżowała nasze plany. Wyprzedzający nas o jeden dzień, parunastoosobowy międzynarodowy zespół musiał uznać swoją porażkę. Idący w jego szpicy Don Bowie i A. Bolotov po 2 próbach zawrócili niespełna 200m od szczytu. Powód: masy niezwiązanego, grożącego lawiną śniegu. Długo kalkulowałem wszystkie "za" i "przeciw", ale nie sposób zbagatelizować zdania Saszy Bolotova. Zawróciłem team, a chłopcy podjęli decyzje, że nie czekają na drugi atak, kończą wyprawę wcześniej.
K2
Jeszcze wiosną, zrodził sie pomysł, aby w drodze powrotnej spod Gasherbrumów "zahaczyć" o K2. Leader polskiej wyprawy, ktoremu doradzałem w kwestiach logistyki, nie miał nic przeciw; pakistańska agencja wyceniła tę moją jednoosbową wyprawę połączoną permitem z polską grupą, a ja musiałem podjąć ryzyko: mam zapłacić niemałą sumę za dopisanie do pozwolenia i serwis w bazie, a o tym czy wogóle tam się pojawię, zadecyduję dopiero po Gasherbrumach tj. końcem lipca. Ryzyko wydało mi sie "do zaakceptowania" przy czym od razu z góry założyłem że:
- na K2 ogółem mogę przeznaczyć 2 do 3 tygodni
- bedę działał solo
- ponieważ będę zaaklimatyzowany po wcześniejszej wspinaczce, od razu spróbuję "pójść do szczytu"; a z racji czasu jaki na to przeznaczyłem, stać mnie będzie najwyżej na 2 ataki
Ponieważ prognoza pogody wieściła nadciągające opady, już w dobę po zejściu z G I byłem w bazie pod K2. Skutkiem czego 2 dni przemieszkałem w kuchennym magazynie - tragarze z moim sprzętem doszli dopiero w 3-cim dniu po mnie. Na całe szczęscie zdążyli, bo tej samej nocy, startowałem już do szturmu. O wyborze drogi Rzebrem Abruzzi zadecydowały dwie przesłanki:
- nie chciałem "pchać się" na Drogę Basków, w sytuacji, gdy od blisko miesiąca działała tam polska wyprawa (wysokościowi tragrze, liny poręczowe itp), tym bardziej, że dochodziły słuchy o nieporozumieniach z innymi zespołami, nie poczuwającymi się do partycypowania w trudzie/kosztach przygotowania drogi
- oba "pogodowe okna" jakie miały miejsce w czasie mego pobytu na K2, były tak naprawdę jeddnidniowymi wypogodzeniami. Żeby się w nie wstrzelić, trzeba było podjąć ryzyko wspinaczki do 8tys. przy wietrze, zachmurzeniu i opadzie. Mając robić to samotnie, wybrałem drogę, którą znałem lepiej
W pierwszym szturmie parę godzin przede mną podążała 17-to osobowa grupa międzynarodowego międzywyprawowego "pospolitego ruszenia" w tym bodaj 6 wysokościowych tragarzy. Ufni w poprzednio wyniesiony sprzęt szli na lekko, więc ja, tachając cały biwakowy dobytek, do tego 100m liny na butellneck, 2 czekany itp nawet nie próbowałem ich gonić. Dobę później mijałem ich, gdy po nocy w zgliszczach namiotów - to co przetrwało tygodniowy okres wiatrów i śnieżycy - schodzili w dół. Na 2 dni górę "miałem całą dla siebie". Niestety prognoza okazała się nietrafiona. Poprzestałem na wyjściu powyżej 7tys i zostawieniu tam depozytu.
Do drugiego szturmu ruszyłem po 4 dniach odpoczynku w bazie. Będąc tym razem lżejszy o ładnych parę kilo, do depozytu dotarłem w niespełna 9 godzin od wyjścia z bazy. I tym razem cieszyłem się samotnością, bo wyszedłem dzień przed innymi, gdyż już w poprzedniej próbie zauważyłem, że i pogoda i sposób wspinaczki innych sprzyja "spuszczaniu sobie nawzajem kamiennych lawin". Drugiego dnia pomagałem pakistańskiej ekipie czyszczącej w tym roku K2 ze śmieci. Kolejnego dotarłem na 7500m i... tu zaczęły się schody. Droga na Ramię to zaledwie 4 godz, ale nie wróżąca szansy ataku nazajutrz pogoda, kazała mi podjąc decyzję o pauzowaniu. W tym czasie otrzymałem z kraju najnowszą prognozę, zdecydowanie burzącą poprzedni optymizm. Ranek potwierdził moje obawy. Zawróciłem.
Schodząc, natknąłem się na samotną alpinistkę z Iranu. Dwójka jej wysokościowych tragarzy pognała w dół, a Leila zdradzała objawy choroby wysokościowej. Asysta przy niej dostarczyła mi sporo emocji i strachu, ale ostatecznie udało się cało dotrzeć do obozu 2, gdzie przejął ją kolega. Znając najświerzszą prognozę: parodniowy, intensywny opad; pomimo deszczu i ciemności uparcie starałem się dotrzeć jeszcze w nocy do bazy.
Klucząc w takiej pogodzie wśród szczelin i seraków spotkałem na lodowcu trójkę ludzi, oczekującą na zejście Gerlinde Kaltenbrunner. Od Ralfa Dujmovitsa, który 2 dni wcześniej z powodu pogody zrezygnował z ataku i zawrócił na 7tys, dowiedziałem się, że pomimo złej widoczności, Gerlinde razem z szwedzkim wspinaczem F. Ericssonem podjeli próbę ataku. Pod koniec Żlebu Butelki (około 8200m) prowadzący Szwed podczas wbijania haka odpadł i runął w Południową Ścianę. Według leadera polskiej ekipy ciało później zauważono na wys. około 7400-7500m. Od niego też wiem, że były problemy z zejściem Austriaczki. Ponieważ przebywająca na tamtej drodze grupa (między innymi Gerlinde (4 próba na K2), czwórka Polaków, Włosi, Amerykanie i inni) nie mieli jednolitego systemu łączności, Gerlinde kontaktowała się przez Ralfa, następnie polską bazę, by finalnie przesłać wiadomość do... znajdującego się 200m poniżej obozu 4.
Zanim jednak dotarły do mnie te smutne wieści, rankiem 6-go sierpnia stanąłem przed dylematem: albo zostawiam depozyt i podejmę jeszcze jedną próbę, albo w te pędy (nadchodzące opady!) do bazy i w doliny. Doświadczenie tegorocznego pobytu pod K2 ale i ostatnich lat pokazywało, że o tej porze sierpnia mogę spodziewać sie co najwyżej jednodniowych (parunastogodzinnych!) przejaśnień. Samotnie można porwać się na próbę wstrzelenia w takie okno i wejścia na szczyt, ale nie daje ona realnej szansy na w miarę bezpieczny powrót. Zatem do następnego razu. W rozmowie z V.Pivtsovem (6-ta proba), starym znajomym z zimowego K2 i wspinaczek w Tien Szanie, pozwoliłem sobie na żart, że "na mój nos to koniec sezonu, więc za 7-10 dni baza opustoszeje". Równo 8dni potem ostatnie ekipy wezwały tragarzy, przy czym ostatni atak załamał się już około 7000m, a ze względu na fatalna pogodę utracono depozyt na 8000m.
W ciągu 55 dni miałem zaledwie 3 parodniowe przejaśnienia, z czego pierwsze to aklimatyzacja, drugie - szturm na GII, a trzecie - atak na GI. Tyle i aż tyle umożliwiła pogoda. Jeszcze teraz trudno mi uwierzyć, że pomiędzy 11 a 27 lipca dane mi było wspinać się na GII, GI i K2. Zwłaszcza ostatnią część: K2, traktuję jako kolejny "kroczek" w kierunku drogi marzeń, pomysłu który od lat spędza mi sen z oczu.
W Pakistanie, gdy tracisz dom, z błota i kamieni stawiasz drugi, ale gdy twoje plony i KHW-komunikacyjny kręgosłup kraju, niszczy woda: kamieni jeść nie będziesz
Archiwum wiadomości
Jeśli chcesz zostać sponsoremnowej wyprawy proszę o kontakt